Wielka Brytania 2017 Po Europie

Aberdeen i zagłębie przemysłowe Manchester – Liverpool

Wizyta w północnej Szkocji zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, że poprzeczka dla moich wymagań powędrowała naprawdę wysoko. Wiele spodziewałem się też po Kornwalii – w końcu ciężko znaleźć osobę, która nie słyszałaby o charakterystycznych dla tej krainy malowniczych, stromych klifach, o których rozpisują się od lat angielscy poeci. Zdradzając trochę tajemnicy i pomijając na moment bieg opowieści przyznam, że nie zawiodłem się na tych miejscach ani trochę. A jak było z punktami pośrednimi, które odwiedziłem po drodze? Czy zagłębie przemysłowe Manchester – Liverpool to obowiązkowy punkt każdej wycieczki do Wielkiej Brytanii?

Podróż między dwoma głównymi celami wycieczki wiodła przez angielskie zagłębie przemysłowe Manchester – Liverpool oraz stolicę Walii – Cardiff. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi z ust blogera, który z definicji powinien sławić i chwalić dobre imię swoich podróżniczych podbojów bez względu na ich rzeczywisty obraz to powiem to – miasta były niesamowicie nudne. Oczywiście, gdybym poświęcił na nie więcej czasu i zgłębił dokładnie ich historię to może dałbym się im porwać. Nie ukrywam jednak, że do emocji, jakie towarzyszyły mi przy zwiedzaniu Londynu czy Edynburga było mi bardzo daleko. Nie było między nami chemii, która powinna od razu połączyć podróżnika i miejsce, do którego dotarł. Zatem, pomimo dużej niepopularności tego rodzaju artykułów, będziecie mieli okazję poczytać trochę marudzenia i posłuchać „uszami wyobraźni” moich jęków zawodu.

Zanim dotarłem do serca angielskiego zagłębia przemysłowego zahaczyłem jeszcze o Aberdeen, trzecie do wielkości miasto Szkocji. Już po chwili bez wahania orzekłem, że to jedno z najdalej na północ wysuniętych polskich miast! Hotelowa recepcja – uprzejma, młoda Polka, która dzieli czas między studia ekonomiczne i pracę w Jurys Inn. Spacer po centrum miasta – po kilku minutach wpadamy na kolejną Polkę, która zsiada z roweru i przez 2 godziny oprowadzana nas po mieście. Dzięki tej przypadkowej przewodniczce trafiliśmy chociażby do dawnej wioski rybackiej Fittie – miejsca ciekawego, nawet pomimo swojej kiczowatości. Dajcie się zatem porwać w momentami mało porywającą podróż przez całą Wielką Brytanię z metą w Penzance, niepisanej stolicy Kornwalii. Wybaczycie mi trochę marudzenia?

Artykuł jest częścią serii wpisów o mojej wycieczce do Wielkiej Brytanii.
Dotychczas w serii Objechać Wielką Brytanię w 8 dni opublikowałem także:
– część 1 – Uniwersyteckie Cambridge i odrobina Londynu,
– część 2 – Wielkomiejska Szkocja w drodze na północ,
– część 3 – Szkocja małych miast, pastwisk i morza,
– część 5 – Kornwalia, czyli jak zakochałem się w klifach Anglii.

Najdalej na północ wysunięte polskie miasto

Aberdeen znalazło się w planie mojej podróży początkowo tylko dlatego, żeby mieć możliwość przejechania z Inverness do Edynburga inną trasą niż pierwotnie. Wiecie już pewnie, że przemieszczenie się to dla mnie nie tylko stan pośredni między kolejnymi punktami na mapie – to również przyjemność, która ma niesamowicie dużą wartość poznawczą. W Aberdeen chciałem również trochę odpocząć od do tej pory bardzo intensywnej podróży. Ulokowaliśmy się po raz pierwszy (i jedyny podczas tej wycieczki) nie w backpackerskim hostelu, a w hotelu z prawdziwego zdarzenia. Byliśmy już od pierwszego dnia bardzo dzielni, zasłużyliśmy na taką okazję do podładowania baterii przed dalszą drogą!

Próba zameldowania się po angielsku w hotelu Jurys Inn tuż przy głównym dworcu kolejowym miasta przebiegała bez problemów do czasu okazania dowodów osobistych. Usłyszeliśmy wtedy upragnione i wytęsknione od kilku dni „Dzień dobry!” i już wiedzieliśmy, że Aberdeen nas nie zawiedzie. Od bardzo uprzejmej recepcjonistki i jednocześnie przyszłej ekonomistki dostaliśmy dużo wskazówek na temat zwiedzania miasta. To, że nie będziemy musieli z nich korzystać okazało się już po kilku minutach, po wyjściu na ulice miasta. Polaków nie musieliśmy szukać, byliśmy nimi wręcz otoczeni.

Polski przewodnik po granitowym mieście

Raz po raz słysząc język polski na ulicach postanowiliśmy, że będziemy się witali z mijającymi nas przechodniami właśnie po polsku. Po krótkiej chwili z roweru zeszła uprzejma Polka i zaproponowała, że pokaże nam trochę miasta. Ani chwilę nie zastanawialiśmy się nad propozycją – ruszyliśmy do zwiedzania z najlepszym przewodnikiem, jakiego mogliśmy sobie wymarzyć.

Pani przewodnik opowiedziała nam, że Aberdeen stanowi mini-stolicę polskiej emigracji w północnej części wyspy. W mieście działa klub, w którym Polonia spotyka się i dba o to, żeby być na bieżąco z wydarzeniami dziejącymi się w Polsce. Starają się również promować naszą kulturę wśród Brytyjczyków. Polka prowadzi również jedną z najlepszych herbaciarni w Aberdeen – można ją znaleźć przy centralnym placu miasta. Niestety, podczas naszej wizyty była już nieczynna.

Podczas dosyć długiego spaceru przez miasto zauważyłem, nie bez przyczyny zresztą, że dookoła przeważa zabudowa z granitu. Miejski ratusz okrzyknięto podobno największą granitową budowlą na świecie, czego nie potwierdziłem i podaję tu tylko jako zasłyszaną plotkę. Taka architektura mocno wyróżnia miasto i sprawia, że ma się wrażenie obcowania z czymś wyjątkowym. Dużo obiektów, w tym ratusz, było w trakcie naszego pobytu w Aberdeen remontowanych.

Miniwioska dla rosłych rybaków

Zwieńczeniem interesującego slalomu między granitowymi konstrukcjami było dotarcie na wybrzeże Morza Północnego. Słońce chyliło się ku zachodowi, więc piękną kolorystykę mieliśmy podaną na tacy. Mewy, okrzyknięte przez miejscowych tutejszą plagą, były skore do prężenia się i pozowania do zdjęć. Wielka Brytania wypowiedziała mewom wojnę, w Kornwalii nazywa się je wręcz złodziejami lodów i miłośnikami śmieci. Chociaż… w gruncie rzeczy dobrze im z oka patrzy, prawda?

Aberdeen to dawniej potężne miasto portowe, które pomimo pewnej zapaści nadal prowadzi rozległe interesy na morzu. Przekonaliśmy się o tym obserwując kolejki statków, dryfujących w okolicach wejścia do portu, podczas oczekiwania na swoją kolej. Tuż przy wspomnianym wejściu zlokalizowaliśmy Pittie, czyli wioskę rybacką, o której wspomniałem na początku artykułu. Podejrzewam, że bez naszej uczynnej przewodniczki nigdy byśmy tu nie trafili. Niewielkie, niskie domki obwieszone kiczowatymi ozdobami, pełna paleta kolorów, masa figurek i często pseudoartystycznych „dzieł sztuki” – to chyba najlepsza charakterystyka tego miejsca. Osada już dawno przestała pełnić swoją pierwotną funkcję. Aktualnie domki stały się pewnego rodzaju luksusem, który jest dostępny tylko dla bogatszych Szkotów. Bogatszych, ale też kompaktowych – miłośnicy kulturystyki prawdopodobnie nie zmieściliby się w drzwiach.

Miłośnikom fotografii morskiej bardzo by się tu spodobało. Mi wystarczyło 5 minut, żeby sfotografować dwa wypływające z portu statki. Ruch na wodzie jest olbrzymi, pewnie nie na miarę Rotterdamu czy chociaż portu w Gdyni ale na „zwykłym zjadaczu chleba” robiło to wrażenie.

Pani przewodnik, której imienia niestety nie zapamiętałem, opuściła nas dopiero ok. 22, gdy szykowaliśmy się już do powrotu do hotelu. Liczba ciekawostek i informacji, którymi nas zarzuciła była olbrzymia – nie zapamiętałem pewnie połowy z tego, czego się wtedy dowiedziałem. Uświadomiłem sobie, że Polak nigdzie na świecie nie jest całkowicie samotny. Jesteśmy bardzo mobilnym narodem, nie boimy się częstych zmian otoczenia i szybko adaptujemy się do nowych warunków życia. Widać to wyraźnie, gdy trochę się podróżuje – jesteśmy wszędzie i z roku na rok znaczymy w obcych krajach coraz więcej. To budujące, że przestajemy być kojarzeni ze zmywakiem i pracą za stawki poniżej progu akceptacji. Polacy to teraz również specjaliści, intelektualiści i, co najważniejsze, świadomi podróżnicy.

Bardzo potrzebowaliśmy odpoczynku, więc udział w nocnej ewakuacji całego hotelu i oczekiwanie przez ponad 30 minut na decyzje służb ratunkowych były czymś, o czym wręcz marzyliśmy. Szczególnie w tych niespokojnych czasach, gdy każdy alarm aktywuje w głowie myśl: „czy to zamach?”. Ostatecznie alarm okazał się fałszywy, mogliśmy zasnąć w miękkich łóżkach i rano wyruszyć do Liverpoolu i Manchesteru. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że będzie to dla nas po prostu stracony czas.

Krytyczny rzut oka na Manchester

Do Liverpoolu trafiliśmy z dwiema przesiadkami – w Edynburgu, gdzie wsiedliśmy do szybkiego składu Pendolino oraz w Preston, korzystając dalej z lokalnego pociągu. W relacji z Aberdeen do Edynburga przyszło nam podróżować całkiem komfortowo, rzućcie proszę okiem na zdjęcie.

Dotarcie do Liverpoolu w sobotę oznaczało, że tani nocleg może się okazać tylko marzeniem. Pomimo faktu, że rezerwowałem hostele z dużym wyprzedzeniem, to zakwaterowanie w tym mieście kosztowało nas najwięcej, bo ponad 25 funtów na osobę. Dodatkowo musieliśmy zrezygnować ze spania w ścisłym centrum, właśnie ze względu na chęć obniżenia kosztów. Te problemy już w fazie planowania mogły dać mi do myślenia. Zakładałem jednak, że miasto samo w sobie mnie zachwyci.

Nie zachwyciło. Pierwotnie mieliśmy zwiedzać wyłącznie Manchester i wrócić do Liverpoolu tylko na noc. Z tym też założeniem rozpoczęliśmy więc nasz pobyt. Przejazd między miastami zajmuje pociągom niespełna godzinę, stosunkowo szybko zameldowaliśmy się więc w sercu Manchesteru. Wzięliśmy aparaty w dłoń, wrzuciliśmy uśmiech na twarze i zaczęliśmy szukać pięknych miejsc. Średnio nam szło…

W mieście przeważa, podobnie jak w Liverpoolu, zabudowa z czerwonej cegły, co czyni centra jednostajnymi, w pewnym sensie uporządkowanym kolorystycznie. Jak to w Anglii, nie brakuje pubów. Na prawie każdym rogu znajdziemy małe bary, bistra i w końcu restauracje serwujące dania z różnych zakątków świata. Architektura nie powala, przynajmniej turystę mojego pokroju, który liczył na zobaczenie czegoś nietuzinkowego. Centrum miasta sprawiało wrażenie uporządkowanego, dość przemyślanego urbanistycznie i po części nieco nudnego. Pięknie prezentujące się ciągi jednakowych, szeregowych zabudowań, które różnią się od siebie tylko kolorem drzwi są dla obu miast bardzo charakterystyczne. Takie zabudowania typowe są jednak dla całej Anglii, nic to zatem niecodziennego.

Powiecie, że nie dałem szansy temu miastu – to prawda. Gdybym spędził tu kilka dni to jest nadzieja, że dałoby mi się porwać. Ale po co inwestować serce w podróżniczy związek, w którym nie ma chemii i „nie iskrzy”?

Skoro niekonieczne Manchester to może Liverpool? Z dworca Piccadilly ewakuowaliśmy się więc na Lime Street, do serca portowego Liverpoolu.

Czy magia Liverpoolu odeszła wraz z The Beatles?

Deszczowy weekend w zagłębiu przemysłowym Manchester – Liverpool nie zachęcał do spacerów. Mieliśmy jednak przed sobą ambitne cele obejrzenia centrum Liverpoolu i zajrzenia do doku Albert (Albert Dock). Przestał on już pełnić funkcje handlowe i stał się popularnym miejscem spotkań dla mieszkańców miasta oraz turystów. Wieczorem udało mi się nawet zidentyfikować kilka odbywających się w okolicy wieczorów panieńskich i kawalerskich oraz kolejki do pobliskiego bankomatu. Imprezowiczom bardzo wcześnie zabrakło funtów na dalszą walkę. Wniosek? Robić zdjęcia i uciekać!

Pierwotnie, po nieudolnym zwiedzaniu Manchesteru, trochę się do Liverpoolu zraziłem. Po upływie czasu, na spokojnie oceniając moje wrażenia doszedłem  jednak do wniosku, że miasto się jako tako wybroniło. Wyraźny spadek znaczenia przemysłu udało się tu przynajmniej częściowo obrócić w rozwój sektora usług i turystyki. Wiele obiektów znalazło nowe zastosowanie, często jako postindustrialnie urządzone hotele lub restauracje. Stare miasto, o ile można tak nazwać zabytkowe centrum Liverpoolu, może cieszyć oko.

Większość kolejnego dnia pobytu na Wyspach mieliśmy spędzić w drodze do dalekiego Penzance, serca klifowej Kornwalii. Zwiedzanie zagłębia postanowiliśmy zakończyć wczesnym wieczorem i dać sobie szansę na odpoczynek. Liverpool i Manchester zostawiły mnie z bardzo mieszanymi uczuciami. Nie jestem jeszcze gotowy, żeby jawnie te miejsca polecić lub kategorycznie do nich zniechęcać. Albo jeszcze nie dojrzałem do ich zrozumienia i docenienia, albo, co bardziej prawdopodobne, były po prostu bezbarwne i nudne.

Jeśli chcecie skupić się tylko na jednym z nich i poznać je dokładniej, niż ja miałem okazje – zdecydujcie się raczej na Liverpool. Zapytajcie w moim hostelu. Pani na recepcji potwierdzi: „Manchester? Tam nie ma czego szukać!”. Rankiem następnego dnia byliśmy już więc w drodze.

Stolica Walii przystankiem w podróży

Emocje rosły wraz ze zbliżaniem się do upragnionej Kornwalii, obowiązkowego i upragnionego obok północnej Szkocji punktu programu mojej wycieczki. Aby świadomie utrudnić sobie tę drogę, zatrzymaliśmy się dwukrotnie na krótki spacer po dwóch miastach – Cardiff i Bristol.

Dworzec kolejowy w Cardiff przywitał nas pięknymi, architektonicznymi detalami. Jak choćby drogowskazem prowadzącym na perony ze zdjęcia powyżej oraz przepięknym, całkowicie niezrozumiałym językiem walijskim. Uwierzcie, te napisy na górze zdjęcia to nie przypadkowe ciągli liter, to „odjazdy” i „przyjazdy” pociągów. Zabawne!

Licząc na to, że największe atrakcje Cardiff znajdziemy nad wodą zdecydowaliśmy się na obejście Cardiff Bay, zatoki, w okolicach której ulokowała się masa restauracji i usług kierowanych do turystów.

Nieświadomie podreptaliśmy nad zatokę pieszo. Uwagę wzbudziło w nas jednak ciągnące się wzdłuż trasy torowisko i krótkie pociągi, które niespiesznie nas mijały. W drodze powrotnej skorzystaliśmy z tej niezwykle krótkiej linii kolei miejskiej. Pociągi jeżdżą między stacjami Cardiff Central i Cardiff Bay dość często, należy jednak przed odjazdem sprawdzić aktualny rozkład jazdy. Częstotliwość kursowania zależy od dnia tygodnia oraz pory dnia.

Akapit o Cardiff będzie wyjątkowo zwięzły, bo dylematów podobnych do tych z Manchesteru i Liverpoolu nie miałem tu wcale. W stolicy Walii, oprócz języka, budynku dworca i pomarańczowego budynku przy zatoce nie spodobało mi się nic. Ba, nawet burger mi nie smakował!

Na uwagę w Cardiff zasługiwał jeszcze zamek i ratusz – niczego więcej nie zapamiętałem.

W końcu te klify

W dalekiej drodze do Penzance, zerknęliśmy jeszcze do Bristolu, głównie z chęci zobaczenia przepięknego budynku dworca Temple Meads.

Czułem już, że ocean jest bardzo blisko. Pomimo wizji spędzenia jeszcze 4-5 godzin w pociągu, który miał mnie wywieźć na południowo-zachodnie kresy Wielkiej Brytanii wiedziałem, że noc z szumem wielkiej wody w tle zrekompensuje mi wszystko.

Pomimo, że do celu podróży dotarliśmy dopiero przed 23, zdecydowałem się resztkami sił przespacerować po pustych, nocnych ulicach miasteczka. Wszystko już spało, może oprócz oceanu i kilku pubów, które walczyły z „niedobitkami” kończącego się wieczoru. Przyłożenie głowy do poduszki w hostelu, który był wtedy dla mnie najprzytulniejszym miejscem pod słońcem, było najlepszym zwieńczeniem tego intensywnego, obfitującego w skrajne emocje dnia.