Wielka Brytania 2017 Po Europie Z filmem

Kornwalia, czyli jak zakochałem się w klifach Anglii

„Zobacz! Widzisz to?”. „Nagrywaj, po prawej!”. „Zaraz chyba wpadniemy do tego oceanu!”. „O matko, jak pięknie.”. „Nie zasłaniaj, siedź spokojnie!”.

Tak właśnie – głośno i intensywnie – mija nam piętnaście minut, których pociąg spółki Great Western Railway potrzebuje, aby dotrzeć do turystycznej perełki Kornwalii – St Ives. Po wielu dniach tułaczki wzdłuż i wszerz Wielkiej Brytanii otrzymuję w końcu nagrodę, o której marzyłem od początku wyprawy. Nie bez przyczyny uznawana za jedną z najpiękniejszych brytyjskich linii kolejowych, jedynie ośmiokilometrowa trasa St Erth – St Ives zachwyca mnie bez reszty. Lawirując pośród kornwalijskich zarośli linia nieśmiało, ale konsekwentnie zbliża się do brzegów oceanicznych klifów. Pasażerowie, pomimo lekkiego osłupienia wywołanego pięknem niespiesznie przesuwającego się za oknem krajobrazu, mają wrażenie, że już za chwilę pociąg dotknie fal oceanu. Momentami tor tak ciągnie w kierunku urwiska, że pozostaje już tylko ufać w kunszt i, przede wszystkim, rozsądek brytyjskich inżynierów. Właśnie tym zachwytem wymieszanym z delikatnym lękiem usprawiedliwiam moją niemożność usiedzenia na miejscu. Szczęśliwie, pociąg pełen jest turystów, moje pobudzenie nikomu więc nie przeszkadza. Część naszych współtowarzyszów podróży z aparatami w rękach szuka dobrych kadrów, inni, bez sprzętu, po prostu kontemplują to, co widzą za oknem.

Pozwólcie mi zabrać się w powolną, trochę sentymentalną podróż przez piękne zakątki południowo-zachodniej Anglii. Zanim to jednak nastąpi, zaburzę trochę należną chronologię opowieści. Zamiast mówienia o tym, jak dotarłem do Penzance, nieformalnej stolicy Kornwalii, krótko powspominam i podsumuję całą brytyjską eskapadę. Szkocja i Kornwalia, które postawiłem sobie jako nadrzędne cele podczas podróży po Wyspach, oddalone są od siebie o przeszło 800 mil (1300 km). Obiecałem sobie, że pomimo tylko tygodnia, który mogłem poświęcić na wycieczkę, poznam choć odrobinę miejskiego klimatu Szkocji. Gdy miałbym to już za sobą, planowałem sprawdzić, jak setki owiec radzą sobie na bezkresnych, górskich łąkach Highlands, na północ od Edynburga. Później, pomimo sporej odległości, przy odrobinie szczęścia i pomyślnym dotarciu na południe Zjednoczonego Królestwa z dłuższym przystankiem w centralnej części kraju, chciałem już tylko wdrapać się na klif, patrzeć na ocean i odpoczywać. Okazało się, że nie jestem względem siebie gołosłowny – udało się ostatecznie zrealizować wszystko, co wcześniej sobie obiecałem. W ostatniej, piątej już części mojej relacji z kolejowego podbijania Wielkiej Brytanii opowiem, jak zakochałem się w Kornwalii. Przywróćmy jednak wydarzeniom należną im chronologię.

Artykuł jest częścią serii wpisów o mojej wycieczce do Wielkiej Brytanii.
Dotychczas opublikowałem także:
– część 1 – Uniwersyteckie Cambridge i odrobina Londynu,
– część 2 – Wielkomiejska Szkocja w drodze na północ,
– część 3 – Szkocja małych miast, pastwisk i morza,
– część 4 – Aberdeen i zagłębie przemysłowe Manchester – Liverpool.

 Nocny spacer przez puste miasto

Wysiadając tuż przed północą z pociągu na stacji kolejowej w Penzance można usłyszeć różnorakie rodzaje dźwięków. Przeciętny i mało uważny gość tego uroczego miasteczka odnotuje na pewno gwar wydobywający się z nadal działających pubów, które o tej porze wypełnione są jednak już tylko miejscowymi. Ciut uważniejsi słuchacze dosłyszą jeszcze szum fal, które uderzają o oddalone o kilkadziesiąt metrów nabrzeże. Najlepsi nie pominą sporego zamieszania w części portowej miasteczka, gdzie tętniące przez cały dzień życie powoli wygasa, aby z krótką, nocną przerwą narodzić się na nowo wczesnym rankiem. Dotarłem zatem do Penzance i tylko kilkanaście kilometrów dzieli mnie od angielskiego „końca świata”, czyli Land’s End. Nieśmiało przyglądam się życiu na angielskiej prowincji, z dala od nigdy nieśpiącego Londynu.

Budynki w Penzance

Przystań w Penzance

To właśnie obraz, który utkwił mi w pamięci chwilę po tym, gdy pierwszy raz postawiłem stopę na kornwalijskiej ziemi. Pomimo późnej pory nie chciałem się wtedy oszczędzać. Po krótkiej chwili w hostelu i pozbyciu się zbędnego balastu zacząłem nocny spacer przez pustoszejące już miasto. Odjechały już ostatniego tego dnia pociągi, powoli walkę z pubami przegrywały ostatnie niedobitki, a światła w oknach zaczynały gasnąć. Jako jedyny tej nocy na ulicach turysta mogłem więc snuć się pustymi chodnikami i uśmiechać się do siebie – spełniałem w końcu kolejne z podróżniczych marzeń. Godzinny spacer wyleczył mnie z jakichkolwiek problemów z zaśnięciem.

Żegnaj, piękny domku

Szczęśliwym trafem zakwaterowałem naszą wycieczkę w prawdziwie angielskim domu. Ciągnące się przed kilkaset metrów szeregi identycznych fasad budowanych metodą „kopiuj-wklej”, półokrągłe wykusze, schody prowadzące do kolorowych drzwi wejściowych z obowiązkową kołatką i szparą na listy. No i drewniane, przesuwane do góry okna. W środku lekko skrzypiące, pokryte miękkim materiałem schody, do tego gałki zamiast klamek w drzwiach. Jak z serialu o wiktoriańskiej Anglii.

Zabudowania w Penzance

Miejsce, o którym mówię hostel to easyPZ Backpackers Penzance o dźwięcznej i wdzięcznej nazwie, prowadzony przez mieszkające w nim sympatyczne, młode małżeństwo. Widać było jak starali się, żeby goście czuli się u nich jak w domu. Zdecydowanie im się to udało. Właściciele postawili na aranżację małych, kameralnych pokoi, przez co goście nie czuli się jako kolejne sztuki w wielkich dormitoriach-przechowalniach. Nawet pokój wspólny, zazwyczaj wyglądający jak poczekalnia i omijany przeze mnie w hostelach, tutaj ze skórzanymi fotelami i masą porozrzucanych poduszek dawał ciepłe, przytulne wrażenie. Kuchni zaoszczędzono upiększenia dziesiątkami komunikatów, zakazów i nakazów, których pełno w hostelach w każdym zakątku Europy. Po wymeldowaniu mogliśmy bezpłatnie zostawić bagaże i wyskoczyć na kilka chwil na miasto, mając jeszcze kilkadziesiąt minut do pociągu. Ocena przekraczająca 9,5 w dziesięciopunktowej skali Hostelworld jest całkiem uzasadniona. Za same widoki z okna należało się 10/10.

Widok z okna hostelu.

Widok na Penzance.

Piękną linią do pięknych miejsc

Podróż pociągiem do St Erth trwała nie dłużej niż kilka chwil. Bardzo szybko wyskoczyliśmy na peron tej małej stacyjki z nadzieją, że pociąg do St Ives będzie już na nas czekał. I rzeczywiście, daliśmy radę szybko wskoczyć na strategiczne miejsca, z których widoki miały być najlepsze. Dobrą próbą odzwierciedlenia tego, co działo się za oknem byłyby zdjęcia. Szkoda, że nie zrobiłem żadnego. Zbyt mocno zaciskałem dłonie na kamerze.

Widok na St Ives

St Ives okazało się bardzo zatłoczonym, silnie ukierunkowanym turystycznie kurortem. A należy pamiętać, że żywot angielskiego kurortu nad morzem już z definicji nie jest usłany różami. Deszczowy i pochmurny klimat ze stosunkowo niewielką liczbą dni słonecznych powoduje, że wypoczywa się w takim miejscu trochę mniej przewidywalnie niż nad Adriatykiem lub w sercu Lazurowego Wybrzeża. Co bardzo mnie zaskoczyło, pomimo obiektywnie beznadziejnego dnia uliczki miasta i plaże (!) były zapełnione. Po powrocie z pustych, pozbawionych raczej infrastruktury turystycznej nadmorskich miasteczek Szkocji trafiłem na angielskie „Krupówki”.

Ocean w St Ives

Bartek na tle zabudowań St Ives

Przyglądałem się dokładnie mijanym sklepikom i straganom, aby z ulgą stwierdzić, że polskich jarmarków to jednak nie przypomina. Sprzedawany towar miał jakikolwiek kontekst i nawiązywał do miejsca, w którym starano się go turyście wcisnąć. Nikt nie oferował pamiątek pokroju nadmorskiej ciupagi z Sopotu. Uf! Trochę przymierając głodem skusiłem się na kornwalijską specjalność – pasztecik (ang. cornish pasty). Był pyszny! Przypominał w smaku bałkański burek. Podobnie występował w wielu wariantach z wszelkimi rozmaitościami w środku – ziemniakami, mięsem, serem.Wyszła z niego całkiem pożywna i niedroga przekąska, która pozwoliła przetrwać do bliżej nieokreślonego w czasie obiadu.

Bartek zajadający się kornwalijskim pasty

Miasto szczęśliwie utrzymało typową dla Anglii architekturę i oparło się pokusie budowania „pod turystów”. Oszczędzono spacerowiczom widoku olbrzymich hoteli, które przez swój rozmiar i wszechstronność mogłoby bez problemu egzystować bez miasta, w którym je zbudowano. Niestety, w Polsce nam obiektów pokroju Hotelu Gołębiewski w Karpaczu nie brakuje. A w St Ives, jak to w Anglii – praktycznie, minimalistycznie i zazwyczaj estetycznie.

Zabudowania St Ives

Wskazówka dla oszczędnych!
Zakwaterowanie w St Ives jest drogie – Anglicy uważają to miejsce za jeden z najważniejszych kurortów. Znacznie taniej będzie znaleźć przytulny hotel lub hostel w Penzance lub okolicach. Sporo zaoszczędzicie, a do St Ives możecie dojechać pociągiem. Z Penzance zajmuje to max 30 minut i kosztuje tylko £4.3 (ok. 20,5 zł). Jak na brytyjskie warunki to bilet jest prawie za darmo!

Spacer na klify nie jest wyzwaniem – to raptem 10 minut drogi po dobrze przygotowanej ścieżce. Gdy już wdrapiemy się na szczyt, odłożymy bagaże i popatrzymy przed siebie to uświadomimy sobie, że przyjazd tutaj był dobrym pomysłem. Zobaczymy przed sobą tylko bezmiar oceanu przecięty gdzieniegdzie niewielkimi, rybackimi kutrami i prywatnymi łodziami. Gdyby nie skrzeczące mewy to powiedziałbym – raj na ziemi.

Nie bez przygód wracamy do domu

Nic nie trwa wiecznie, szczególnie ważność biletów kolejowych. Nazajutrz z lotniska Stansted mieliśmy wracać do Polski, wcześniej spędzając jeszcze noc w Londynie. Przed nami było więc kilka godzin drogi, które minęły, jak się później okazało, nie bez problemów.

Kierując się w stronę Londynu zahaczyliśmy jeszcze o Falmouth, przemysłowe miasteczko na południowym wybrzeżu Kornwalii. Jako, że wizyta była krótka, a wrażenia przeciętne, coś musiało się stać w drodze powrotnej – tak dla równowagi doznań. I owszem, brytyjska kolej pokazała nam: A. swoją prawdziwą twarz, B. środkowy palec. Osobliwością jest, że te dwie odpowiedzi były dla nas równoważne.

Zaczęło się niewinnie, jak to często bywa z polską koleją. Większość trasy pociągu, który miał dowieźć nas do magistrali na przesiadkę w kierunku Londynu, przebiegała bez zakłóceń. Opóźnienia zaczęliśmy nabierać oczywiście tuż przed końcową stacją, po prostu przed nią stojąc. Brytyjska kolej, w całej swej wspaniałości, zlitowała się jednak wreszcie nad gorączkującymi się pasażerami – ruszyliśmy. Ale stało się to o takiej porze i działo w takim tempie, żeby zagwarantować nam popołudniowy jogging na sąsiedni peron, z 20 kg na plecach.

Co to jednak dla nas, dobiegliśmy! Pociąg, którym mieliśmy pojechać do Exeter, jeszcze nie odjechał. Przeszkoda ku naszemu szczęściu wyłoniła się z rzeczonego pociągu w osobie konduktora, który na pokład nas nie wpuścił. Wytłumaczył to po prostu zbyt dużą frekwencją. Nie wdając się w dyskusję – bo bez wątpienia w pociągu byśmy się zmieścili – rozłożyliśmy się grzecznie na peronie myśląc nad dalszymi krokami. Później było już z górki: odwołany pociąg do Londynu, kolejna godzina oczekiwania i jest, nadjechał, upragniony „service to London Paddington”. Wynik: o północy w Londynie, z kilkoma godzinami w plecy. Pasmo sukcesów naszej trójki zakończyło się tam, gdzie przygoda ze Zjednoczonym Królestwem się rozpoczęła – w hostelu przy stacji Bayswater.

Widok na Londyn z Clapham Junction

Aha, spłynęła na nas jeszcze jedna klęska. Postanowiliśmy zwiedzić nocą trochę Londynu, tak w ramach odreagowania. Niestety, metro już nie jeździło i zamknięte drzwi stacji odcięły nas od jedynego w okolicy automatu z biletami komunikacji miejskiej. Dalej szukać nie mieliśmy już siły. Bartek Dziwak padł na trzecim poziomie piętrowego łóżka niczym martwy. Rano pozostało jeszcze trochę sił na odwiedzenie centrum miasta i wycieczkę na Clapham Junction, swego czasu jedną z najbardziej pracowitych stacji kolejowych w Europie. Zdjęcie dość dobrze to oddaje – kolejowy tłok zarejestrowany na nim odtwarzał się raz na 2-3 minuty.

Podsumowań nadszedł czas

Gdy mój Boeing 737-800 oderwał się od ziemi na Stansted miałem na twarzy szeroki uśmiech. Przez tylko 8 dni udało mi się przejechać Wielką Brytanię wzdłuż i wszerz, pojawiając się z niezliczonej liczbie pięknych miejsc.

Zobaczyłem, jak żyje Cambridge, miasto-uniwersytet. Obejrzałem zbiory jednego z największych muzeów kolejowych na świecie. Odwiedziłem Anglię, Szkocję i Walię, zwiedzając stolice każdego z krajów. Wróciłem kolejny raz do ukochanego i ciągle niepoznanego Londynu. Zadziwiłem się pięknem Edynburga i jego spokojem, połączonym z dynamizmem codziennego życia. Udało mi się pojawić na szkockiej prowincji, żyjącej kilka razy wolniej niż brytyjskie metropolie. Zweryfikowałem swoje duże oczekiwania związane z Manchesterem i Liverpoolem. Zaskoczyłem się nieatrakcyjnością i zaściankowością stolicy Walii. No i zakochałem się w Kornwalii, którą chcę poznawać dużo wolniej i dokładniej niż za pierwszym razem.

Zdaję sobie sprawę, że taka forma zwiedzania może budzić kontrowersje. Nie zdążyłem przecież zagrzać miejsca w żadnym z punktów wycieczki, zwiedzałem dosyć pobieżnie, z dużym pośpiechem. Nie przeszkodziło mi to jednak ocenić potencjału miejsc, do których przybywałem. To tak, jak w związku – jeśli między partnerami nie iskrzy, to w dalszej perspektywie na wielkie uczucie nie ma co liczyć. Jeżeli podróżnik już po pierwszych krokach w nowym miejscu nie chce brnąć dalej, to pozostaje mu tylko ruszać w dalszą drogę, zostawiając to miejsce za sobą. Oby tylko instynkt nas nigdy nie zawodził.


Prace nad przygotowaniem pięcioczęściowej opowieści o podróży przez Wielką Brytanię przyniosły mi dużą satysfakcję. Były dla mnie również dużym wyzwaniem. Chciałem, aby czytelnik oprócz garści informacji i porad znalazł w tekstach również odrobinę moich emocji. Czasami rozpisywałem się nad rzeczami błahymi pomijając te rzekomo ważniejsze, bardziej rozpoznawalne. Owszem, ale to właśnie mój pomysł na podróżowanie. Dacie się zabrać w kolejną taką podróż?

Tekst powstawał podczas mojego dwudniowego city-break w Oslo i okolicach miasta. Większość tego, co tu napisałem, powstała na lotnisku Oslo Torp i na stacji Warszawa Centralna, podczas nocnego koczowania na pociąg do Wrocławia. Za chwilę powinien przyjechać, idę więc na peron. Do następnego!