Wielka Brytania 2017 Po Europie

Szkocja małych miast, pastwisk i morza

Od kilku lat życie w dużym mieście to dla mnie codzienność. Nie mija mi jednak ochota na poznawanie nowych miejsc – każde ma przecież swój urok, trochę magii i wdzięku niespotykanego nigdzie indziej. Każde wielkie miasto to oddzielny organizm, zorganizowany w odmienny od reszty sposób, z masą zalet i skrzętnie ukrywanych przed turystami wad. Od zawsze właśnie stolice i główne miasta handlowe były wizytówkami narodów. Jako miejsce, za pośrednictwem którego przyjezdny ma zazwyczaj pierwszy kontakt z daną kulturą. Zwiedzanie miast jest zazwyczaj dużo wygodniejsze od buszowania po wioskach i górskich szlakach, więc miłośnicy komfortowych wyjazdów raczej nie zakochają się w bezkresnych łąkach, bezdrożach i milionach owiec, na które można wpaść na każdym kroku zwiedzając północną, dziką trochę Szkocję. Będąc tam realizowałem jedno ze swoich podróżniczych marzeń, daleko mi więc było do narzekania.

Wyobraźcie sobie, że spoglądacie przez okno w czasie kilkugodzinnej podróży pociągiem i widzicie tylko góry, pastwiska i kilka domków, nie częściej niż raz na 20-30 minut. Ludzie? Raczej nie – nie mają czego tam szukać. Owce pasą się w zgodzie z naturą – bez elektrycznych ogrodzeń i wszczepianych przez właścicieli chipów pomagających je lokalizować. Pewnie nawet Unia Europejska nie ma tych owiec policzonych i pomierzonych… Czuje się niezaburzoną, zwykłą normalność. Nie pamiętam, żeby cokolwiek uspokoiło mnie tak bardzo jak podróż na trasie Inverness – Thurso, do najdalej na północ wysuniętej stacji kolejowej Wielkiej Brytanii. Przemieszczanie się jest dostojne, niespieszne, daje sporo czasu i okazji do zastanowienia się nad siedzącymi nam z tyłu głowy sprawami.

Zderzenie się z daleką północą było tym wyraźniejsze, że wcześniej zwiedzałem stolicę Anglii i wpadłem na moment do dumnej stolicy Szkocji. Koszty wycieczki możecie poznać w pierwszej części relacji. Miasta te, pomimo wyraźnych różnic, to jednak centra kultury i biznesu obu zjednoczonych państw, pełne stale gdzieś pędzących ludzi. Będąc w Szkocji spróbujcie oderwać się od wyścigu szczurów chociaż na chwilę i poznać prawdziwy smak tej krainy. Współczesne miasta dążą do bycia podobnymi do siebie i chcą zapewnić ludziom pewne standaryzowane dobra. Wsie i miasteczka tej mody tak łatwo nie podchwytują. Zapraszam na spacer po nieskażonych wielkomiejską atmosferą North Berwick, Dalmeny i Thurso, stale uciekając od deszczu i porywistego wiatru.

Artykuł jest częścią serii wpisów o mojej wycieczce do Wielkiej Brytanii.
Dotychczas w serii Objechać Wielką Brytanię w 8 dni opublikowałem także:
– część 1 – Uniwersyteckie Cambridge i odrobina Londynu,
– część 2 – Wielkomiejska Szkocja w drodze na północ,
– część 4 – Aberdeen i zagłębie przemysłowe Manchester – Liverpool,
– część 5 – Kornwalia, czyli jak zakochałem się w klifach Anglii.

Z Edynburga nad morze w 30 minut

Ucieczka ze stolicy Szkocji w poszukiwaniu szumu fal Morza Północnego nie jest szczególnie czasochłonna. Raptem trzydziestominutowa podróż wygodnym pociągiem spółki ScotRail pozwala dotrzeć do North Berwick, niewielkiego miasteczka położonego przy zatoce Firth of Forth.

Nawet kolejowi ignoranci powinni zwrócić uwagę na specyficzną budowę tego pojazdu, tak bardzo niepopularną w kontynentalnej Europie. Maszynista jest tu „stłoczony” w lewej części czoła pojazdu, środkową część stanowią zaś… drzwi. Łączenie kilku pojazdów w jeden, długi pociąg nie zabiera pasażerom możliwości przemieszczania się wzdłuż całej długości składu. Na pokładzie jest przez to bezpieczniej – pojazdy nie stanowią kilku zamkniętych klatek. Rozwiązanie jest też całkiem praktyczne przy poszukiwaniu przez pasażerów wolnych miejsc. Minus jest jeden – pojazdy wyglądają przeokropnie.

North Berwick czyli morze u stóp wulkanu

North Berwick nie zaskoczyło nas pogodą – już od wyjścia z pociągu dostaliśmy w twarz deszczem i silnie wiejącym wiatrem. Niczego innego się zresztą nie spodziewaliśmy w trakcie pełni szkockiego lata.

Nad miastem góruje North Berwick Law, wulkaniczne wzgórze, które nadaje plażowaniu w tym mieście odrobiny włoskiego klimatu. Prawie jak Sycylia, może poza piętnastoma stopniami mniej na termometrach. Na wznoszącą się 187 m. n.p.m. górę można się wdrapać szlakiem turystycznym, aura była jednak zdecydowanie zbyt nieprzyjemna, żeby robić to w czasie naszej wycieczki. Widok z góry musi być zachwycający, szczególnie w bezchmurne dni.

Miasteczko nie sprawiało wrażenia bycia szczególnie nakierowanym na turystykę. Plaża, co mnie zachwyciło, stanowiła przedłużenie podwórek domów, które stały zaraz przy wybrzeżu. Co znaczące, nie były to hotele tylko prywatne posiadłości mieszkańców miasteczka. Wypicie porannej kawy zerkając na morze nie może być łatwiejsze – wystarczy wyjść na przydomowy ogródek.

Podejrzewam, że w ciepłe dni plaże zaludniają się głównie mieszkańcami Edynburga i okolic. Miejsca na wybrzeżu jest mało, sporo jest za to ławeczek i miejsc do spacerów, trochę sanatoryjny klimat. W drodze nad morze mijałem kilka hoteli i restauracji. Miałem jednak wrażenie, że miasto jest głównie miejscem do życia, nie do wyciskania funtów z przyjezdnych. W naszym kraju każdy skrawek plaży byłby zagospodarowany komercyjnie, a sąsiadujące z piaskiem działki zabudowane byłby drogimi hotelami cuchnącymi smażalniami ryb. Tu, w Szkocji, jest po prostu spokojnie. Szczególnie w North Berwick i Thurso, które odwiedziłem dzień później. Z opowieści lokalnych mieszkańców wynika, że szkockie wyspy na jeszcze dalszej północy zapewniają przyjezdnym jeszcze solidniejszą nirvanę. Gwarantują przy okazji, że z urlopu w pełni lata wrócimy trochę zmarznięci i bladzi.

Warunki plażowania nie zachwycały. Do tego stopnia, że musiałem pożegnać się z parasolką, która połamała się biedna całkowicie. Nie przetrwała delikatnego muskania przez północnomorską bryzę. Skusiłem się tylko na chwilkę odpoczynku w przerwach ulewy. Później wskoczyliśmy do pociągu, żeby realizować ciąg dalszy naszego planu na ten dzień – Dalmeny z zapierającym dech w piersiach mostem Forth Bridge.

Majstersztyk wśród mostów

Ten punkt wycieczki pojawił się w planie bardzo przypadkowo. Nie trafiałem w przewodnikach na informacje na temat tej konstrukcji albo były na tyle szczątkowe, że nie odnotowałem ich w ferworze walki. Przeglądanie Google Maps dało już pewne poszlaki – duża zatoka, linia kolejowa przechodząca „górą”, pewnie jakiś most. Wtedy zacząłem szeroko zakrojone prace badawcze polegające na wpisaniu w Google „bridge Firth of Forth” i udało się. Zobaczcie, jest przepiękny.

Most nazywa się Forth Bridge i pokonując zatokę Firth of Forth łączy przedmieścia Edynburga z północną Szkocją. Od 2015 r. znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Obiekt powstawał aż przez 11 lat. Oddano go do użytku w 1890 r. jako dzieło inżyniera Johna Fowlera. UNESCO doceniło go za rombową, kratownicową konstrukcję, która w momencie otwarcia posiadała najdłuższe przęsło na świecie (541 metrów). Ruch kolejowy na przeprawie odbywa się nieprzerwanie z bardzo dużą częstotliwością. Stan techniczny mostu jest jednak coraz gorszy, pociągi przed wjazdem na niego solidnie zwalniają. Miałem przyjemność oglądać konstrukcję z brzegu i z pociągu. Jej rozmach jest nie do pominięcia.

Jak zwiedzić Forth Bridge z wybrzeża?

Aby przejechać przez most wystarczy wybrać dowolny pociąg z Edynburga na północ – do Inverness, Aberdeen lub dowolnej, mniejszej miejscowości, w której szczególnie szczytowe pociągi kończą czasami bieg. Największe wrażenie robi jednak oglądanie mostu z dołu, z wybrzeża zatoki Firth of Forth. Patent na dotarcie bezpośrednio pod most (jakkolwiek złowrogo to nie brzmi) polega na dotarciu pociągiem na stację Dalmeny. Stamtąd czeka nas, w zależności od wybranej drogi, 10-15 minut spaceru i jesteśmy na wybrzeżu w centrum miasteczka, a przed nami tylko zatoka, most a za plecami trochę klimatycznych kafejek.

Polecam zrezygnowanie z powyższego skrótu i przejście Station Road The Loan do centrum miasteczka. Tam z delikatnego wzgórza otwiera nam się naprawdę niezapomniany widok na most kolejowy i drogowy (który też jest bardzo okazały). Gdy już skończymy napawanie się widokiem tych inżynieryjnych majstersztyków, koniecznie skręćmy w handlową uliczkę Newhalls Road. Osobiście polecam zupę i pyszne cappuccino w rodzinnej kawiarni Picnic prowadzonej przez Włochów. Nie jest drogo, jest za to pysznie – ulubiona konfiguracja budżetowego turysty.

Samo Dalmeny jest godne odnotowania i chociaż pobieżnego zwiedzania. Zabudowania wybrzeża są bardzo ciekawe. Wszystko oczywiście kręci się wokół mostu. To jedyna większa atrakcja turystyczna w tym miejscu, nie spodziewajcie się tu jednak tłumu przyjezdnych. Fakt, że nie jest to turystyczne must be sprawił, że byliśmy bardzo miło odbierani przez lokalnych mieszkańców. Szczególnie, że obwieszeni byliśmy aparatami, kamerami i olbrzymimi plecakami. Dalmeny jest ładne, ale to miejsce raczej do „zahaczenia”. Dłużej niż kilku godzin nie ma tu sensu planować.

Powrót do Edynburga jest szybki, ale należy zwrócić szczególną uwagę na rozkład jazdy pociągów – nie wszystkie z nich zatrzymują się w Dalmeny w drodze do stolicy Szkocji. Jeśli będziecie mieli pecha i traficie właśnie na taki to nie martwcie się, w szczycie stacyjka ta obsługiwana jest pociągami kursującymi co 15-20 minut. Jeśli macie zamiar przesiadać się w Edynburgu i jechać dalej to nie róbcie tego „na styk”. Brytyjskie pociągi jeżdżą solidnie, ale opóźnienia rozmiaru 3-5 minut to norma.

Gdy podróż jest piękniejsza od miejsca docelowego

Obok zwiedzania chciałem w tej podróży trafić jak najbliżej dwóch skrajnych punktów Wielkiej Brytanii – John O’Groats w północno-wschodniej części Szkocji i Land’s End w południowo-zachodniej Kornwalii. Przekładając to na realia podróży pociągiem mogliśmy dojechać do kornwalijskiego Penzance (o tym w kolejnej części relacji) i do Thurso – najdalej na północ wysuniętej stacji kolejowej Wielkiej Brytanii. Wycieczka do Thurso jest dość czasochłonna. Żeby nie spędzić całego dnia w pociągu zdecydowaliśmy się na rozdzielenie jej na dwa etapy. Pierwszy wiódł z Edynburga do Inverness, gdzie spędziliśmy noc w brzydkim hostelu Highland Backpackers Inverness. Zdecydowanie najbrzydszy hostel podczas naszego pobytu – zaniedbany, stosunkowo drogi, smutny. Całą noc padało, więc ogólne morale spadały. Dodatkowo, nie było nam przez to dane zwiedzić Inverness.

Drugi etap trasy to odcinek Inverness – Thurso. Niespieszna podróż pociągiem trwa około 4 godzin. Krajobraz przesuwa się bardzo powoli czego w żadnym wypadku nie należy odbierać jako wady. Widoki są genialne, rozpisywałem się już nad tym we wstępie, tytuł artykułu też do tej podróży nawiązuje. Pociąg wprowadza nas w krainę nieograniczonej, otwartej przestrzeni, w której znajdziemy wszystko oprócz ludzi. Symbol Szkocji, czyli wszechobecne, wolno wypasające się owce otaczają linię kolejową informując, że ludzie są tu tylko gośćmi, a wszystko co w zasięgu wzroku należy tylko do natury. Zabudowania pojawiają się raz na 20-30 minut i zazwyczaj mają kolejowe pochodzenie, jako dawne lub obecne stacje na linii.Współcześnie często zaadaptowane do innych celów. Spójrzcie na mapę i spróbujcie odnaleźć linię kolejową, o której mówię – przecina piękną i górzystą nicość. Miast i wiosek jest niewiele i są bardzo rozproszone.

Tuż przed końcem podróży dojeżdżamy do stacji węzłowej Georgemas Junction, gdzie linie kolejowe rozchodzą się w kierunku Wick i Thurso. Pociągi z Inverness jadą najpierw do Thurso, zawracają i po powrocie do stacji węzłowej jadą do Wick, stacji docelowej. Takie prowadzenie ruchu gwarantuje zachowanie dostępności kolei dla mieszkańców obu końcowych punktów bez konieczności uruchamiania dodatkowych pociągów – łączników. Minusem jest wydłużenie czasu jazdy, ale… jadąc 4 godziny możemy sobie pozwolić na dodatkowe 15 min, szczególnie, gdy za oknem jest tak pięknie.

Na samym końcu wyspiarskiego świata

Przejazd był dla mnie zdecydowanie większa frajdą niż samo zwiedzanie Thurso. Nie dlatego, że Thurso to brzydkie miasteczko – miało swój urok małego, zaściankowego trochę miasteczka gdzieś daleko na północ, z dala od stolic i pogoni za czymkolwiek. Takich miasteczek w Szkocji są jednak dziesiątki. Oliwy do ognia dolał fakt, że było zimno, wietrznie i deszczowo, złapaliśmy jednak chwilkę przejaśnienia, aby pospacerować nad morze. Wycieńczony daleką podróżą z Londynu w końcu mogłem rozwalić się nad brzegiem morza jak żaba na liściu. Buty przeżywały wtedy swoje ostatnie chwile w stanie niepodziurawionym, cześć ich pamięci.

Wybrzeże było połączeniem polskich, piaszczystych plaż i brytyjskich klifów, zdecydowanie mniej okazałych niż te z Kornwalii lub Irlandii. Dla miłośników rowerów Szkoci przygotowali sporo ścieżek. Nie testowaliśmy, jazda z 15 kg bagażu na plecach nie była szczytem moich marzeń. Wolałem ławeczkę, kanapki i kontemplację pięknych widoków. Do czasu następnej wichury i ulewy.

Przez Aberdeen do przemysłowej Anglii

Ze smutnymi minkami musieliśmy po raz ostatni rzucić okiem na Thurso i zebrać się do drogi na południe Zjednoczonego Królestwa, do klifów angielskiej Kornwalii. Po drodze mieliśmy się jeszcze przekonać, że Aberdeen to polskie miasto, że angielskie zagłębie przemysłowe ze stolicami w Manchesterze i Liverpoolu jest całkiem brzydkie i, że Cardiff poza statusem stolicy Walii nie ma w sobie nim z „wielkomiejskości” znanej nam już wcześniej z Edynburga i Londynu. Nocleg po zwiedzaniu północy Szkocji zaplanowaliśmy w Aberdeen, w hotelu Jurys Inn, po raz pierwszy i ostatni podczas tej podróży porzucając uroki zakwaterowania w hostelach.

Szkocja kazała mi do siebie wrócić, najlepiej autostopując po bezkresie Highlands oraz, przy odrobinie szczęścia i złapaniu się na „łódkostopa”, po zewnętrznych i wewnętrznych Hebrydach. Kraj ma bardzo wiele do zaoferowania i oferta ta trafi w oczekiwania zarówno samotnych autostopowiczów, jak i chętnych do rowerowych czy samochodowych eksploracji, pomijanych w przewodnikach krain. Trudno się tu będzie odnaleźć chyba tylko amatorom wycieczek z biur podróży w formacie all inclusive i „załatw wszystko za mnie”.  Korzystając z dobrodziejstw oferowanych nam przez tanie linie lotnicze może się okazać, że weekendowy wypad nad Loh Ness albo na któreś z wzniesień Highlands jest możliwy w cenie lepszego obiadu. Loty do Glasgow i Edynburga są dostępne z polskich lotnisk pod banderami zarówno Ryanaira jak i Wizzaira. To co, kiedy lecimy?