Wielka Brytania 2017 Po Europie

Wielkomiejska Szkocja w drodze na północ

Wyjazd do Wielkiej Brytanii sam w sobie był bardzo ważnym celem. Miał jednak zawarte dwa konkretne, nadrzędne pragnienia do spełnienia. Marzyłem o tym, żeby rozłożyć się na trawiastym klifie Kornwalii i zrelaksować się patrząc na Atlantyk. Cel całkiem prozaiczny, prawda? Nie mniej niż drugi z nich – od wielu lat bardzo chciałem odwiedzić Szkocję. Zaplanowałem, że spróbuję poznać ją z dwóch wymyślonych przeze mnie stron. Pierwszą z nich zdefiniowałem jako wielkomiejska Szkocja, z Edynburgiem, Glasgow i Aberdeen jako stolicami kultury, sztuki i szkockiego dziedzictwa narodowego. Obok wielkomiejskiego zgiełku, po drugiej stronie, stała Szkocja gór, pustkowi, stromych pastwisk pełnych owiec i nieustających wichur i ulew. To właśnie prawdziwa Szkocja – przynajmniej tak definiowana jest przez osoby, które tu były i poznały te krainę trochę lepiej. Kusiły mnie jednak obie twarze tego kraju, postanowiłem więc chociaż trochę poznać każdą z nich.

Zwiedzanie Szkocji i plan dotarcia koleją do najdalej na północ wysuniętego punktu kraju to etap ośmiodniowej wyprawy po Wielkiej Brytanii, której pierwsza część dosięgnęła Londynu i Cambridge. Napisałem o tym kilka słów we wcześniejszym artykule. Koszty podróży również omówiłem w poprzedniej części relacji. Punktem wyjściowym drugiego dnia na Wyspach był Londyn, skąd wczesnym rankiem, z dworca King’s Cross, wyruszyliśmy na podbój dalekiej północy.

Półtora dnia, jakie mieliśmy po dotarciu do Edynburga, postanowiliśmy spędzić na zgłębianiu tajemnic dwóch największych szkockich miast – Edynburga właśnie i po sąsiedzku położonego Glasgow.

Artykuł jest częścią serii wpisów o mojej wycieczce do Wielkiej Brytanii.
Dotychczas w serii Objechać Wielką Brytanię w 8 dni opublikowałem także:
– część 1 – Uniwersyteckie Cambridge i odrobina Londynu,
– część 3 – Szkocja małych miast, pastwisk i morza,
– część 4 – Aberdeen i zagłębie przemysłowe Manchester – Liverpool,
– część 5 – Kornwalia, czyli jak zakochałem się w klifach Anglii.

Obowiązkowy, pominięty przeze mnie przystanek miłośnika kolei

Plan zakładał, że z Londynu przemieścimy się do Yorku, gdzie zrobimy kilkugodzinny przystanek na zwiedzanie Narodowego Muzeum Kolejnictwa (National Railway Museum) z imponującymi zbiorami sięgającymi początków kolei. O to szczególnie łatwo w Wielkiej Brytanii, która jest kolebką tego rodzaju transportu. Dalsza droga do Edynburga wiodła przez Darlington, niestety tylko przejazdem. Skąd ten smutek? Popełniłbym niewybaczalny dyshonor dla miłośnika kolei gdybym przemilczał pewien fakt. Otóż… W 1825 r. tor połączył miejscowości Stockton i właśnie Darlington jako pierwsza na świecie linia kolejowa i początek kolei jako środka transportu. Replikę parowozu The Rocket, który skonstruowany przez Stephensona śmigał między tymi punktami można oglądać w Museum of Science przy Exhibition Road w Londynie. Szkoda, że nie udało nam się poszukać śladów początku kolei dokładnie w jej kolebce.

Poranną podróż z Londynu do Yorku zaplanowaliśmy jako komfortową. Nie interesowała nas kategoria i normalna cena danego przejazdu (co jest sporym plusem posiadania „ryczałtowych” biletów kolejowych), wybraliśmy więc high-speed przewoźnika Virgin Trains East Coast w relacji London King’s Cross – Edinburgh. Część miejsc w pociągu jest wyłączona z systemu rezerwacji żeby takie urwisy jak my mogły sobie tam usiąść i nie bać się, że za moment ktoś ich z tego wygodnego miejsca zgoni.

Pociąg rozpędził się do maksymalnej prędkości 115 mil na godzinę, nieoczywistej dla Europejczyków kontynentalnych. To ciut ponad 200 km/h. Podróż do Yorku minęła więc szybko, komfortowo i bez dostępu do internetu – przewoźnik każe sobie za tę przyjemność płacić. Polskie standardy darmowego Wi-Fi w pociągach jeszcze na Wyspy niestety nie dotarły.

Czy muzeum musi być nudne?

National Railway Museum, cóż mówić więcej. Kilka sporych hal wypełnionych zabytkowym taborem, ścieżki edukacyjne, a nawet kryminalna zagadka do rozwiązania korzystając z podpowiedzi i tropów poukrywanych na terenie obiektu. Muzeum zaaranżowało perony jednej z hal w taki sposób, że można było się na chwilę przenieść w czasie i sprawdzić, do jakiej rangi urastała 150 lat temu podróż pociągiem. Chciałbym zobaczyć na żywo chłopców wożących te sterty bagaży i kolejarzy pomagających damom w białych sukniach podczas wsiadania do ekskluzywnego wagonu.

Zbiory w Yorku są naprawdę okazałe. Najważniejszym i najbardziej obleganym pojazdem z kolekcji jest lokomotywa parowa 4468 Mallard wybudowana w 1938 r. Do tego pojazdu należy nigdy nie pobity rekord prędkości lokomotywy parowej. Uwierzcie lub nie – to niebieskie cudo pojechało 3 lipca 1938 r. aż 126 mil na godzinę czyli prawie 203 km/h! Takimi osiągami zasłużyła sobie zdecydowanie na spokojną emeryturę. Spokojną na tyle, że dziesiątki tysięcy zwiedzających każdego roku chcą mieć ze staruszką zdjęcie. Zajrzałem jej tu i ówdzie w chwili wolnej od tłumów.

Brytyjczycy zorganizowali muzeum z pomysłem. Na zaaranżowanych peronach stworzono „dworcowe” restauracje, nikt nie zabronił w nich sprzedaży alkoholu, z czego korzysta szereg turystów. Przekrój wiekowy zwiedzających był bardzo szeroki, od zorganizowanych, dużych grup dzieci po wycieczki późnych emerytów. Jak w przypadku większości narodowych muzeów w Wielkiej Brytanii wstęp do tego miejsca jest darmowy. Warto zajrzeć, nawet nie będąc szczególnie zainteresowanym kolejnictwem – zwiedzanie tego miejsca to po prostu duża frajda.

Szkocja po szkockiej

Do zwiedzania wielkich miast Szkocji staraliśmy się podejść zdroworozsądkowo. Do dyspozycji mieliśmy całe popołudnie i połowę następnego dnia. Zdecydowaliśmy, że pierwszy dzień poświęcimy na Glasgow, wyśpimy się solidnie w stolicy i weźmiemy się za nią od rana. Plan nie do końca wypalił – na wieczór postanowiliśmy spróbować szkockiej whisky i ranne wstawanie stało się mrzonką, ale… Plan był odważny.

Na jedną, upojną noc zakwaterowaliśmy się w banalnie nazwanym przybytku The Hostel w dzielnicy Haymarket, 2 minuty od stacji kolejowej o tej samej nazwie. Edynburg musiał tego przedpołudnia poczekać i ustąpić przed Glasgow, w którym znaleźliśmy się po niespełna godzinie jazdy pociągiem od stolicy. Połączeń między tymi miastami nie brakuje, kursują przez cały dzień co kilka-kilkanaście minut i wiozą pasażerów na jedną z dwóch czołowych stacji Glasgow w ścisłym centrum – Central lub Queen Street. Wybrać możemy dowolną chociaż architektonicznie więcej do zaoferowania ma chyba ta pierwsza. W gruncie rzeczy nic ciekawego, nawet dla miłośników kolei.

Bez większych emocji – spacerujemy po Glasgow

Glasgow raczej nas nie zachwyciło. Spędziliśmy w nim co prawda niewiele czasu, ale mam wrażenie, że nawet po kilku chwilach w danym miejscu jestem w stanie określić, czy chcę je poznawać bliżej, czy może nasz romans nie wybuchnie jednak żarem namiętności. Wdrapaliśmy się na wzgórze, na którym ulokowano Glasgow Necropolis – budzący szacunek wiktoriański cmentarz. Ze wzgórza roztacza się piękny widok na miasto i górującą nad nim katedrę (St Mungo’s Cathedral).

Nekropolia obok szacunku budzi też grozę lub chociaż pewne zakłopotanie. Spacerując po wzgórzu ma się wrażenie bycia otoczonym przez coraz to wymyślniejsze nagrobki. Pomniki ustawione są jeden obok drugiego, bardzo ciasno zgrupowane, wręcz upchane na małej powierzchni gdy dookoła wolnej przestrzeni wcale nie brakuje. Nigdy nie wpadłbym, że Szkoci mogą to miejsce wykorzystywać jako łąkę do pikników – tym większe było zaskoczenie, gdy spotkaliśmy dwójkę młodych, zrelaksowanych młodziaków wciśniętych z kocykiem i piwem między groby. Uporządkowany nieład, tylko to przychodzi mi do głowy gdy patrzę na poniższe zdjęcie. Szkotów z szacunku dla ich cmentarnej intymności nie fotografowałem.

Ten dysonans poznawczy skierował mnie po raz pierwszy podczas pobytu na Wyspach w stronę zatłuszczenia organizmu i poszukiwania godnego fish&chips. Google podpowiedział, że najsmaczniej będzie w Merchant Chippie przy Ingram Street. Było tanio i niesmacznie, z czego zresztą byłem niesamowicie zadowolony. Raz na zawsze straciłem ochotę na brytyjskie fastfoody. Pomyśleć tylko, że lokal był laureatem jakoś tam konkursu na najlepszą rybę z frytkami na jakimś tam obszarze. Twierdzenie o lokalnych geniuszach o sobie przypomniało – dla każdego znajdzie się takie otoczenie, w których jest się genialnym. Ten lokal pozostawił w tyle konkurencję z Ingram Street. Mhm, to był jedyny taki lokal przy tej ulicy.

W Glasgow mieliśmy być przynajmniej 2-3 godziny dłużej ale tak jak już narzekałem – miasto nas nie urzekło. Wróciłbym tu tylko po to, żeby pospacerować wzdłuż ciągów pięknych kamienic z czerwonej cegły. Wyglądają, jakby tworzono je metodą kopiuj-wklej ale ich urok jest niezaprzeczalny. W Glasgow bardzo dużo takich budynków było mocno zaniedbanych. Niedofinansowanie było widać już w centrum miasta, oddalając się od niego efekt się znacznie nasilał.

ScotRail posłusznie odwiózł nas z powrotem na edynburski Haymarket, chociaż wieczór miał się dla nas dopiero zacząć.

Trudne zwiedzanie Edynburga

Po nocnej imprezie w hostelu nic nie jest łatwe. Zdecydowaliśmy wieczorem, że nie chcemy tracić resztki dnia i spędzimy ją we wspólnym pokoju naszego hostelu. Dorwałem się do bilarda ogrywając reprezentanta Stanów Zjednoczonych i odparłem zmasowany atak bilardowej potęgi z Polski – Łukasza. Pozbyliśmy się wszystkich pięćdziesięciopensówek jakie mieliśmy pod ręką.

Przygody z brytyjskimi miastami zazwyczaj zaczynały się dla nas i kończyły na dworcach kolejowych. Edynburg się z tej zasady nie wyłamał. Stacja Edinburgh Waverley zasługuje na szczególną uwagę. Ten główny dworzec miasta został zbudowany w wykopie wciśniętym w zabytkową tkankę starego miasta i ulokowano go w taki sposób, że dostęp do niego jest wygodny a zarazem nie zaburza on spójności starówki. Tory prowadzące do stacji przebiegają w tunelu, między innymi pod wzgórzem, na którym góruje edynburski zamek. Od Edinburgh Castle do głównego dworca dojdziemy zupełnie niespiesznym tempem w 5 minut, mijając przy okazji galerię Scottish National Gallery. Lokalizacja tej stacji to dobry dowód na to, że pogodzenie funkcji transportowych z zabytkową zabudową jest możliwe. Sama stacja jest olbrzymia, dostępnych jest ponad 20 krawędzi peronowych i ich rozmieszczenie nie jest na pierwszy rzut oka oczywiste. Trzeba uważnie śledzić tablice informacyjne, tym bardziej, jeśli spieszymy się na przesiadkę.

Miasto świetnie obserwuje się z licznych wzgórz ulokowanych praktycznie w centrum miasta. Udało mi się wdrapać na Calton Hill i podziwiać zatokę Morza Północnego wcinającą się dość intensywnie wgłąb lądu. Pod koniec dnia mieliśmy zobaczyć morze jeszcze lepiej – z miasteczka North Berwick, o tym jednak w kolejnej części relacji. Widok ze wzgórza na zamek i zabudowania centrum miasta był tak oczywisty, że skupiłem się na kontemplacji wody.

Tak naprawdę to nie. Po prostu zapomniałem zrobić zdjęcia zamku.

Edynburg spodobał mi się od pierwszego wrażenia i czuję, że to jedno z miejsc na świecie, w którym mógłbym spędzić jakąś część swojego życia. Miasto jest pełne różnorodności, dumnie chwali się byciem stolicą Szkocji, na każdym kroku nie brakuje narodowych akcentów, flag, pomników szkockich bohaterów. Swój pomnik ma też niedźwiedź Wojtek – ku pamięci Polaków walczących za wolność „naszą i waszą”. Znaleźć można go w Princes Street Gardens, w ścisłym centrum miasta.

Miasto wyraźnie pokazuje, że jest stolicą oddzielnego, suwerennego i posiadającego wysokie poczucie państwowości kraju, tylko z „dobrej woli” Szkotów zrzeszonego z resztą korony. Nie od dzisiaj słyszy się zresztą o silnych ruchach autonomicznych i woli zaprzestania płacenia podatków Londynowi. Mieszkańcy Edynburga nie wypierają się swojej kultury, odnalezienie na ulicy mężczyzn w kiltach też nie było dla mnie dużym wyzwaniem. Najpiękniejsze kilty można dostać przy King’s Stables Road, w sklepie o nazwie Edinburgh Kilt Maker.

Miasto „dobrze zrobione”

Zwróćcie proszę uwagę na zabudowę miasta. W centrum bardzo mało jest wolnych przestrzeni – oczywiście poza parkami – budynki są szczelnie powciskane i ze sobą upakowane, architektura sprawia wrażenie bardzo przemyślanej i zwartej. Może to dzieło przypadku ale ja, niemający żadnego architektonicznego zacięcia turysta, miałem wrażenie, że Szkoci korzystali z praw mądrego planowania przestrzennego już setki lat temu. Nie brakowało też nowoczesnych, transportowych akcentów – czerwonych, piętrowych autobusów, których nie brakuje w żadnym brytyjskim dużym mieście.

Miasto powstało pod bacznym okiem górującego nad nim zamku, który powstał w XII w., przez szereg lat przechodząc oczywiście szereg przebudów i modernizacji. Zamki, które widziałem poprzednio były zazwyczaj oddalone od ścisłego centrum, Edynburg zadał jednak kłam tej zasadzie i rozbudowywał się dookoła zamkowego wzgórza, zamykając je zwartym pierścieniem. Zabijcie mnie, ale nie chciało mi się wdrapywać na to wzgórze, szczególnie, że nie przepadam za korzystaniem z „obowiązkowych punktów wycieczki”. Obserwowanie zamku z dołu też miało swoją magię. Moje nogi do dzisiaj nieśmiało wyrażają wdzięczność.

Po kilku wizytach w Londynie mogłem dokonać pierwszego porównania stolic dwóch zjednoczonych, lecz niekoniecznie przepadających za sobą krajów. Życie w Edynburgu zdaje się przebiegać w o kilka poziomów niższym tempie. Nikt na nas nie trąbił, nie odbijaliśmy na dworcu kolejowym od innych pasażerów jak klocki domina, siadając na ławce nie mieliśmy wrażenia, że siedząc w miejscu cofamy się i coś nam omija. Londyn to miasto dla silnych, wytrwałych zawodników. Szukając spokoju połączonego z zaletami wielkiego, europejskiego miasta warto rozważyć Edynburg, stolicę Szkocji.

Jeszcze tylko znajdę kamień filozoficzny i mogę jechać

Z Edynburgiem wiąże się historia, która zmieniła wiele na światowym rynku książki, filmu i przy okazji wpłynęła bardzo na moje dzieciństwo. Wszystko zaczęło się na Wyspach, w opóźnionym pociągu relacji Manchester – Londyn. Jedną z pasażerek była pewna blond pisarka, bez sukcesów zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Kilka prób wydania swoich prac spełzło na niczym, próby znalezienia swojego miejsca na świecie nie prowadziły w jej przypadku do żadnych pozytywnych zakończeń. Impuls, pomysł, zabłąkana myśl w głowie i się zaczęło. Historia młodego, mierzącego się z wieloma przeciwnościami losu czarodzieja, który ma zmienić i ocalić świat. Już kojarzycie?

The Elephant House – to właśnie tu, w 1995 r., po kilku latach od pamiętnej podróży pociągiem do Londynu, po szczęśliwym zakochaniu się i mniej szczęśliwym rozwodzie z przemocą w tle, Joanne Rowling zakończyła prace nad książką, w której zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Harry Potter and the Sorcerer’s Stone powstał właśnie w Edynburgu, przy 21 George IV Bridge, niedaleko stacji kolejowej Edinburgh Waverley. Tłumy turystów i miłośników twórczości Rowling szturmują tę niewielką kawiarenkę, która dzięki Harremu wykręca pewnie niebotyczne obroty. Gdyby nie kolejki sam nie oparłbym się małej kawie w ulubionym miejscu brytyjskiej pisarki. Może znalazłoby się  dla mnie trochę weny?

Edynburg to piękne miejsce, w którym spędziłem stanowczo za mało czasu. Wrócę tu na pewno – tym bardziej, że oferta lotów z Polski jest bardzo dobra. Opuszczenie tego miasta było dla mnie równocześnie opuszczeniem tej umownej, miejskiej części Szkocji, do której miałem tylko na moment wrócić przy okazji zwiedzania Aberdeen. Teraz przeze mną już tylko kraina morza, gór, owiec, wolności i pojedynczych domków w środku niczego. North Berwick, Thurso, Inverness…  nawet ulewa i urywający głowę wiatr nie potrafi popsuć piękna tych miejsc. O tym jednak w następnej części relacji.